

Z każdym kolejnym rokiem zbliżałam się do magicznego początku "dorosłości", przy czym zawsze wydawało mi się, że już jestem tak niesłychanie dojrzała. Może coś w tym było, faktycznie byłam dość poważna. Ale teraz wydaje mi się, że to, co kiedyś uważałam za odpowiedzialność, to w gruncie rzeczy było tylko dążenie do celu. Miałam ten jeden cel: dostać się na wymarzone studia i wygrać przepustkę do robienia jedynej rzeczy, która mnie w życiu naprawdę pociągała. Właściwie można to określić jako moją największą pasję, którą mogę się zajmować. Inne rzeczy, jak pisanie, są równie ważne, ale do tego nie trzeba kończyć odpowiednich studiów. Albo masz talent i wyrobisz się tak czy inaczej, albo ssiesz. I tyle. Poza tym, realnie patrząc, nie było innej szansy na wyjazd do Japonii, nie z moim wiecznym brakiem pieniędzy. Wydawało mi się, że jestem bardzo odpowiedzialna, że sama siebie pilnuję z nauką, z powolnym przebijaniem się do celu. Ale to wszystko to tylko mała część "dorosłości". Właściwie uparte, ślepe dążenie do czegoś za wszelką cenę jest trochę egoistyczne. Ale może tak musiało być, może nie udałoby się gdybym nie starała się ponad miarę. Czasami się wściekam, że nie muszę się tak starać; że inni też idą jakoś do przodu z połową nakładu sił, jaki ja na to przeznaczam. I miejscami lepiej na tym wychodzą. Ale to jednak ma swój sens. Teraz widzę, jak byłoby mi ciężko, gdybym kiedyś tam, gdzieś tam nie była w czymś dobra. Może to i banał, ale jednak opierdalanie się nie przynosci sukcesu, za to zapierdalanie i owszem.
Wracając do odpowiedzialności - ponoszenie konsekwencji swoich marzeń to tylko jeden etap. Lampka ostrzegawcza "nigdy się nie poddawaj" ciągle miga. Ale nagle - wszyscy - staliśmy się dorośli. Nagle są zaręczyny, śluby, dzieci, podwożenie się samochodem, piwo zamiast całonocnej imprezy, praca, powierzchowne kontakty i kontakty, które się pogłębiają. Mówimy rzeczy, za które wyśmiewaliśmy rodziców. Widzę dużą przepaść między niektórymi osobami - między tymi, które muszą się już martwić, za co kupią sobie obiad, a tymi, które jeszcze patrzą na to z pobłażaniem. Godziny dnia przeznaczone na pracę i na przyjemności zmieniają się - te pierwsze ciągle się wydłużają. Tego na szczęście unikam, bo w końcu mogę cały dzień robić to, co lubię. To z kolei też nie będzie trwało wiecznie, nie od razu po studiach dostanę świetną pracę i pewnie jeszcze się przemęczę.
Czasami jestem nieszczęśliwa; przeważnie jestem zestresowana i zeschizowana, ale jednak jak zajebiście, że się udało. Za każdym razem, kiedy znowu czuję przygniatającą pustkę, powinnam powtarzać sobie, że to i tak krok naprzód. Uciekłam od życia, które się już kończyło. Nie umiem i nie chcę żyć tak jak się "przyjęło". Nie oznacza to od razu trybu życia naćpanej artystki, ale prawda jest taka, że moje marzenia nie mogły się spełnić w moim mieście. Po prostu tam nie pasowały.
Nie wiem, co będzie dalej. Na razie chcę nieco spowolnić czas, bo miniony rok był piękny, był fascynujący i ten, mam nadzieję, również będzie. Te studia od liceum dzieli prawdziwa przepaść. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś znowu będzie tak cudownie, więc trzeba to wykorzystać.
Nie wiem też, co postanowię, kiedy się skończą. Jestem o to systematycznie wypytywana przez rodzinę, ale nie umiem odpowiedzieć. Po części też nie chcę. Kiedy pierwszy raz wróciłam do domu, było super, za drugim tak samo, ale... unikam mówienia takich rzeczy, bo wiem jak okropnie i snobistycznie to brzmi. Ale jednak taka jest prawda, trudno się przestawić. Mogłabym wrócić tylko dla przyjaciół/rodziny. Wszystko inne wydaje mi się o ton ciemniejsze, mniej przyjazne. Poza tym, wiem, niemiło to mówić, ale w porównaniu z Londynem moje miasto wydaje mi się ciasne. Albo raczej - puste. Największy nawet tłum wydaje mi się niepozorny, odległości maleją tak samo jak liczba możliwości. Patrzę przez szybę w autobusie, przyzwyczajona, że za oknem ciągle coś się dzieje, a widzę tylko szarzyznę. To pewnie jakiś drugi etap emigracji, wszystko ma swoją nazwę.
Obawiam się, że w trakcie pisania notki znowu zgubiłam jej sens ;p Miało być o tym, że od wyjazdu zaczęłam naprawdę rozumieć co to znaczy odpowiedzialność, ale teraz temat umarł. Następnym razem, może ;)
