kigan blog

Twój nowy blog

Czasami zastanawiam się, dlaczego pamięć bywa tak wybiórcza. Podobno po latach wspominamy minione chwile z przyjemną nostalgią i oglądamy wszystko przez różowe okulary. Dlatego zdziwiłam się ostatnio kiedy przypomniało mi się, że w liceum było czasami tak fajnie. I właściwie nawet często dobrze się bawiłam. Bywało, że codziennie śmiałam się do łez. Więc dlaczego przeważnie ilekroć patrzę wstecz na ten czas, pierwsze co przychodzi na myśl to poczucie niesprawiedliwości, krzywdy, chęć rozdrapania czegoś przykrego? Ogarnia mnie tępa nienawiść i zastanawiam się, dlaczego. Najdziwniejsze jest to, ile wspomnień właściwie wymazałam, nie mogę się do nich dostać. Są zamknięte. Właściwie to dzieje się ciągle, mija dzień, a ja niewiele z niego pamiętam, wypieram wszystko, nie wiedzieć dlaczego i po co. Nie mogę sobie przypomnieć o czym ostatnio rozmawiałam z daną osobą, co robiłam. Czuję się, jakbym unosiła się w ciepłym kokonie, wewnątrz którego nic nie muszę. To taki stan idealny, nie muszę z nikim rozmawiać, nic robić. Gdyby nie prawdziwe życie, mogłabym tak żyć w moim mieszkaniu, przechodząc tylko z pokoju do pokoju, a potem zasnąć.
Ostatnio złapałam się na tym, że znowu obiecuję sobie niemożliwe. Głupiutka, już raz uciekłam do innego kraju. To jednak pomaga. Może z każdym nowym krajem będzie odrobinę lepiej? Ciągle wierzę, że może w tej jednej jedynej „ziemi obiecanej” coś się wydarzy, coś co wyrwie mnie z tego stanu. Nie chcę tak zmarnować życia. Jednocześnie jakoś się nie łudzę. Będę tak powoli zrywać kontakty ze wszystkimi, powoli przestawać robić cokolwiek, porzucać publiczne uznanie, aż zostanę sama, gdzieś daleko, gdzieś, gdzie już nikt się mną nie zajmie. W końcu nie zechce mi się już wstać i po prostu zasnę.

Z każdym kolejnym rokiem zbliżałam się do magicznego początku „dorosłości”, przy czym zawsze wydawało mi się, że już jestem tak niesłychanie dojrzała. Może coś w tym było, faktycznie byłam dość poważna. Ale teraz wydaje mi się, że to, co kiedyś uważałam za odpowiedzialność, to w gruncie rzeczy było tylko dążenie do celu. Miałam ten jeden cel: dostać się na wymarzone studia i wygrać przepustkę do robienia jedynej rzeczy, która mnie w życiu naprawdę pociągała. Właściwie można to określić jako moją największą pasję, którą mogę się zajmować. Inne rzeczy, jak pisanie, są równie ważne, ale do tego nie trzeba kończyć odpowiednich studiów. Albo masz talent i wyrobisz się tak czy inaczej, albo ssiesz. I tyle. Poza tym, realnie patrząc, nie było innej szansy na wyjazd do Japonii, nie z moim wiecznym brakiem pieniędzy. Wydawało mi się, że jestem bardzo odpowiedzialna, że sama siebie pilnuję z nauką, z powolnym przebijaniem się do celu. Ale to wszystko to tylko mała część „dorosłości”. Właściwie uparte, ślepe dążenie do czegoś za wszelką cenę jest trochę egoistyczne. Ale może tak musiało być, może nie udałoby się gdybym nie starała się ponad miarę. Czasami się wściekam, że nie muszę się tak starać; że inni też idą jakoś do przodu z połową nakładu sił, jaki ja na to przeznaczam. I miejscami lepiej na tym wychodzą. Ale to jednak ma swój sens. Teraz widzę, jak byłoby mi ciężko, gdybym kiedyś tam, gdzieś tam nie była w czymś dobra. Może to i banał, ale jednak opierdalanie się nie przynosci sukcesu, za to zapierdalanie i owszem.

Wracając do odpowiedzialności – ponoszenie konsekwencji swoich marzeń to tylko jeden etap. Lampka ostrzegawcza „nigdy się nie poddawaj” ciągle miga. Ale nagle – wszyscy – staliśmy się dorośli. Nagle są zaręczyny, śluby, dzieci, podwożenie się samochodem, piwo zamiast całonocnej imprezy, praca, powierzchowne kontakty i kontakty, które się pogłębiają. Mówimy rzeczy, za które wyśmiewaliśmy rodziców. Widzę dużą przepaść między niektórymi osobami – między tymi, które muszą się już martwić, za co kupią sobie obiad, a tymi, które jeszcze patrzą na to z pobłażaniem. Godziny dnia przeznaczone na pracę i na przyjemności zmieniają się – te pierwsze ciągle się wydłużają. Tego na szczęście unikam, bo w końcu mogę cały dzień robić to, co lubię. To z kolei też nie będzie trwało wiecznie, nie od razu po studiach dostanę świetną pracę i pewnie jeszcze się przemęczę.

Czasami jestem nieszczęśliwa; przeważnie jestem zestresowana i zeschizowana, ale jednak jak zajebiście, że się udało. Za każdym razem, kiedy znowu czuję przygniatającą pustkę, powinnam powtarzać sobie, że to i tak krok naprzód. Uciekłam od życia, które się już kończyło. Nie umiem i nie chcę żyć tak jak się „przyjęło”. Nie oznacza to od razu trybu życia naćpanej artystki, ale prawda jest taka, że moje marzenia nie mogły się spełnić w moim mieście. Po prostu tam nie pasowały.

Nie wiem, co będzie dalej. Na razie chcę nieco spowolnić czas, bo miniony rok był piękny, był fascynujący i ten, mam nadzieję, również będzie. Te studia od liceum dzieli prawdziwa przepaść. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś znowu będzie tak cudownie, więc trzeba to wykorzystać.

Nie wiem też, co postanowię, kiedy się skończą. Jestem o to systematycznie wypytywana przez rodzinę, ale nie umiem odpowiedzieć. Po części też nie chcę. Kiedy pierwszy raz wróciłam do domu, było super, za drugim tak samo, ale… unikam mówienia takich rzeczy, bo wiem jak okropnie i snobistycznie to brzmi. Ale jednak taka jest prawda, trudno się przestawić. Mogłabym wrócić tylko dla przyjaciół/rodziny. Wszystko inne wydaje mi się o ton ciemniejsze, mniej przyjazne. Poza tym, wiem, niemiło to mówić, ale w porównaniu z Londynem moje miasto wydaje mi się ciasne. Albo raczej – puste. Największy nawet tłum wydaje mi się niepozorny, odległości maleją tak samo jak liczba możliwości. Patrzę przez szybę w autobusie, przyzwyczajona, że za oknem ciągle coś się dzieje, a widzę tylko szarzyznę. To pewnie jakiś drugi etap emigracji, wszystko ma swoją nazwę.

Obawiam się, że w trakcie pisania notki znowu zgubiłam jej sens ;p Miało być o tym, że od wyjazdu zaczęłam naprawdę rozumieć co to znaczy odpowiedzialność, ale teraz temat umarł. Następnym razem, może ;)

Czy to już ten wiek, w którym tylko oglądam się za siebie? Na to chyba jeszcze za wcześnie. Jednak czasami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najważniejsze rzeczy są już za mną i nic głębszego już nigdy się nie wydarzy.
Stare piosenki przywołują wspomnienia z czasów gimnazjum i chociaż to zabrzmi patetycznie, to… a, miałam wystrzegać się patosu. W takim razie inaczej – nieopisane emocje jakie towarzyszą tym wspomnieniom są tak silne, sięgają tak głęboko, że nie wiem jak sobie z nimi poradzić. Po prostu istnieją, a ja mogę tylko trwać w bezruchu wiedząc, że nigdy w życiu nie uda mi się choćby w jednej setnej opisać tego uczucia.
‚Czasy, kiedy kochałem i byłem kochany są ponad światłem, którego nie mogę dosięgnąć.’ Staaare. I słuchane w ważnych momentach. Ale teraz, bardziej niż kiedykolwiek, identyfikuję się z tą jedną linijką. I bardzo, bardzo nie chcę wierzyć w to, że w życiu czeka nas tylko jedna prawdziwa miłość.

Znowu zaczynam się irytować. Właściwie jestem szczęśliwa. Dopiero zaczynam ‚nowe’ relacje w nowym miejscu, więc nie są za bardzo głębokie. Po prostu chyba nigdy nie przestanie mnie męczyć fakt, że nie potrafię wyrazić tego, co myślę, a ten natłok emocji, obserwacji itd. doprowadza mnie do szału. Zabawne, że kiedy jestem w gruncie rzeczy zadowolona, mniej odczuwam. Idę sobie w wesołym otępieniu i nic mnie nie obchodzi. Z jednej strony za nic nie chcę stracić tego odczuwania, nawet jeśli to dla mnie zbyt wiele. Z kolei z drugiej strony wiem, że już nie dawałam rady. Kiedy patrzę na poprzednie notki, widzę jak drastyczna (oby) zaszła zmiana. Jeszcze dwa miesiące temu naprawdę kwalifikowałam się na terapię. Poczucie bezsensu sięgnęło zenitu. To nawet śmieszne. Ile testów na depresję wypełniłam online! Za każdym razem z przekonaniem, że takich testów nie powinno się brać na poważnie. Ale na pewno nie byłam w stanie się oszukać. Nikt, kto czuje komfort psychiczny nie przesiaduje w domu całymi dniami bez energii na nic. Nie śpi w dzień i nie żyje w nocy. Nie jest mu obojętne czy się ubierze, czy nie, czy zje, czy nie, czy posprząta. Nie obiecuje sobie, że poprawa nastąpi, jeśli spełni jakiś określony wymóg, a potem znowu podnosi poprzeczkę. Nie bagatelizuje swoich problemów do granic możliwości, szczególnie przed przyjaciółmi. Nie żyje w świecie fantazji, żeby tylko nie myśleć o rzeczywistości. Nie chodzi na imprezy z głównym celem picia, żeby poczuć się źle. Nie pali fajki za fajką, nie tylko dlatego, że mu smakuje, ale ze świadomości, że każda może właśnie coś niszczy. To taki mały wycinek. Główny sens jest taki, że było tragicznie. Teraz jest OK.
Prawdę mówiąc nie pamiętam, czy kiedyś miałam poprawę na dłuższy okres czasu. Zapewne tak. Ale już od tak dawna czułam się koszmarnie, że teraz jest mi wręcz dziwnie z tym spokojem. Ale jest dobrze. Nie chcę, żeby znowu coś mi to popsuło. Między innymi dlatego to piszę; wrzuć, wyrzuć, zapomnij, idź dalej.

dziś poczułam się bardzo niedobrze. pomyślałam: po co aż tak się
ograniczać, poluzuję trochę smycz, w końcu nie mogę chodzić taka spięta
ciągle. i kiedy troszkę pozwoliłam sobie na to, zorientowałam się, jak
bardzo jestem pod swoją własną kontrolą. i że powód, dla którego od
rana do nocy trzymam się w klatce, nadal istnieje i ma się dobrze. a
raczej gorzej.
czasem jest dobrze. tak, złapałam się tej myśli, bo kiedy jest dobrze,
to czuję się zwyczajnie. i karcę samą siebie za jakieś dziwne wymysły.
ale rzadko jest dobrze. i sama muszę to przyznać, tak, bardzo rzadko
czuję się chociaż w połowie ok.
kurwa no. po prostu trochę się przestraszyłam przed chwilą. wyluzowałam
na niecałe kilka minut i już ledwie opanowałam jakieś chore myśli,
zapędy, kompletny szał.
kiedyś byłam przekonana, że czuję się artystką, więc podświadomie
wymyślam sobie jakieś zaburzenia, żeby było bardziej mistycznie i cool.
ale teraz widzę, a widzieć nie chcę, że coś jest nie tak. że chciałabym
już nawet to wymyślać, albo udawać, a to jest kurwa prawdziwe. że
oszukuję się od paru ładnych lat a powinnam leżeć na kozetkach i
przynajmniej walczyć z depresją.
i tak nigdzie z tym nie pójdę, bo co miałabym powiedzieć. albo, że nie
wiem co mi jest, albo wyszczególnić. a tego nie zrobię n.i.g.d.y.
(nigdy nie mów nigdy?) może gdyby pan/pani doktor zajrzeli do mojej
główki, byłoby to prostsze. zastanawiam się, jak długo by tam
wytrzymali, to jest dosyć dziwne miejsce i trzeba wiedzieć, którędy nie
chodzić.

Trzymam się.

Zawsze wyznaczam sobie jakiś cel, marzenie, plan. ‚Kiedy go osiągnę, będzie lepiej.’

Ale kiedy go osiągam, muszę się zatrzymać. (Pędząc wciąż przed siebie, coś się traci)

zatrzymuję się i widzę pustkę.

nie wiem jak to zwalczyć. nie mam już siły. jest dobrze, NAPRAWDĘ
powinno już być dobrze, mam to, czego chciałam i nadal jest źle, a
nawet bywa gorzej (bo jednak nie przyniosło ulgi, nic, nic. może potem?
kiedy już wreszcie…)

normalnie wygląda to jak blog emo. kiedy wypowiadam myśli w głowie,
sama się z siebie nabijam, bo jak to głupio brzmi. nienawidzę takich
górnolotnych wyrażeń. próbuję racjonalnie sobie wyjaśnić, że chyba mi
odjebało i dzieci w afryce. i chorzy. oddaliby wszystko za takie życie.
że niektórzy pewnie by się chcieli w jakiś sposób zamienić. że jestem
jak dawna panna z dobrego domu cierpiąca na urojoną melancholię z nudy.
naprawdę, naprawdę DŁUGO już próbuję sobie wmówić, że to wszystko jest
jakąś fanaberią.

na dodatek ostatnio zrobiłam się cholernie nadwrażliwa, żenująco słaba.
nie mam siły na żadne problemy, odgradzam się za słuchawkami, po prostu
leżę. albo coś oglądam. albo łażę bez celu. albo patrzę tępo gdzieś.
albo wyznaczam sobie i obiecuję, że jak coś zrobię to wtedy już ruszy,
że to będzie droga ku poprawie.

martwi mnie to, że jest mi ze sobą dobrze, że w ogóle jest mi dobrze,
tylko kiedy jestem tak zajęta, że nawet na sekundę nie mam czasu
pomyśleć. mama mówi, że człowiek powinien się czymś zająć, że nie można
za dużo myśleć. no zajmuję się przecież. a teraz jak tylko mam trochę
wolnego, nie jest dobrze. nie mogę jednak cały czas pracować, bo muszę
odpocząć chociażby fizycznie.
nie lubię już nawet dnia. jak jakaś cholerna psychofanka udająca
wampira. snuję się tak, żeby jak najszybciej było ciemno i żebym mogła
po prostu zamknąć się przed kompem. chociaż tego też mi się aż tak nie
chce. najlepiej to nic. najlepiej trwać w niezbyt przytomnym stanie,
żeby jak najszybciej można było iść spać.

ups. właśnie zdałam sobie sprawę, co jest naturalnym dokończeniem tego
wątku. nie, nie, nie chcę „iść spać i się nie obudzić”. ja tylko chcę,
żeby było lepiej. co to jest, co mnie tak zżera.

no nic. na razie się tylko miotam. miałam tu posprzątać. wiem, dlaczego
nie kończę. bo jak już posprzątam nie będę mogła sobie powiedzieć „mam
coś do zrobienia, jak to zrobię będę mogła wreszcie..” co? co wreszcie?
nie chcę nic jak posprzątam.

chcę tylko 4 IX. to jest taka nadzieja, na której pozostało mi się
skupić. oby okazała się jakimś nagłym, magicznym wyzwoleniem.

w połowie w to wierzę. w połowie myślę, że już tak zostanę na tym krześle, aż mnie zje.

w każde wakacje tak jest, noc zamienia się w dzień, sen przychodzi o
świcie, pod wieczór wystarczy pół piwa żeby odlecieć, a to wszystko
pochłania jakiś ciężar, otępienie, chęć ucieczki przed rzeczami, które
zawsze się budzą kiedy jestem sama ze sobą przez dłuższy czas.
ale coś się zmienia. jakby czekało już od dawna, czekało na skok.
słucham starych piosenek, przeważnie tych, które niosą ze sobą
wspomnienia, przypominają o upływie czasu. zawsze lubiłam oglądać się
za siebie, co niekoniecznie jest dobre, ale teraz przynosi coś nowego.
i nie jestem już pewna – czy naprawdę w którymś momencie zboczyłam z
drogi i przestałam być sobą?

zgniatając aluminiową puszkę czekam na ciebie na rogu ulicy
już wystygło, ale cóż, dam radę
szyba wystawy pogrążonej w ciemności odbija moją twarz
siedzi na niej lalka i spogląda ze straszną miną

wygwizduję jasny i wesoły dźwięk dedykowany całemu światu
ta melodia, której nikt na pewno nie słyszy,
czy słyszysz ją ty?
żegnaj, kochaj mnie

stare. stare. po polsku brzmi koszmarnie. ale nadal ach! znaczenie
wszystkiego zależy od okoliczności, a ta piosenka w tym momencie ma
wielkie znaczenie ;p

——–

muszę się obudzić. muszę znaleźć sposób, żeby się wyrwać, bo tak
przecież nie można żyć. a właściwie to pewnie można, ale ja nie chcę.
ciągle myślę nad nowymi sposobami, żeby to przerwać i w rezultacie
ciągle tkwię w tym samym stanie. za dużo myślę. ale tego się nie da
przerwać samym działaniem, dopóki nie dotrę do istoty problemu.
odliczam dni

rzeczy bywają całkowicie nieważne. bywają też bardzo ważne. aktualnie
nie potrafię odróżnić, które powinny być ważniejsze. od zawsze walczę
między tym co powinnam czuć, a tym co sprawia, że czuję.
czy ja wszystko muszę mieć przemyślane? nawet gdy myślę: ‚och, zachowam to uczucie, jest spontaniczne’.

BEZ SENSU.

kwestia, którą muszę przemyśleć to: czy naprawdę nie potrafię się
wyzwolić? nie potrafię przestać chcieć być jak wszyscy? może powinnam
zapytać o to moje najlepsze przyjaciółki, bo one nie są jak wszyscy.
nie dla każdego indywidualizmu jest miejsce. a może też nie trafiłam w
miejsce, w którym zostałby ogólnie zrozumiany. nawet gdybym chciała
wytłumaczyć, co czuję, to niewiele osób by zrozumiało. ja zresztą też
często nie rozumiem innych. kurwa, znowu tracę wątek.
czasem zastanawiam się, jakby to było. teraz zabrzmię jak zarozumiałe
emo, ale pierdolę to. jakby to było być jak większość ludzi? nie snuć
przemyśleń ponad to, co będzie na obiad, nie zastanawiać się, nie
ekscytować się niczym poza okazjonalnym meczem. latać od imprezy do
imprezy tylko po to, żeby się dobrze bawić. imprezy są po to, żeby
zapomnieć, nie po to, żeby się bawić. chyba, że akurat imprezuję z
odpowiednimi ludźmi. nieważne.
gdyby łatwo byłoby znaleźć odpowiednią drogę, życie pewnie byłoby nudne.

może musi nadejść czas rozliczenia z tym całym długim okresem czasu.
nie da się ukryć, że czas wpasowywania się w schemat nastał wraz z
początkiem liceum. kiedyś prowadziłam inne życie, zupełnie inne. to
była inna jakość emocji, inna jakość wszystkiego. zastanawiam się, z
czego to wynikało.

a!

hm.

no tak.

jestem tak wkurwiona, że to koniec. nawet nie na pewną osobę, tylko ogólnie. sfrustrowana i wkurwiona. NIE MOGĘ SIĘ USPOKOIĆ.

chcę. chcę. chcę. CZUJĘ SIĘ JAK W JEBANEJ KLATCE. chcę, żeby się udało.
proszę. p r o s z ę. nie chcę tu zostać ani minuty dłużej. fajnie
byłoby zabrać ze sobą przyjaciół. nigdzie takich nie znajdę, tak
zajebistych. ale nie mogę tak dłużej. czuję, jakby moje życie się
skończyło. tak tak wiem, co pewnie każdy by mi poradził. znajdź sobie
nowe zajęcie, poznawaj nowych ludzi itd itp ALE TO PIERDOLENIE nic mi
nie pomoże. to nie jest coś zależnego od.. nie wiem od czego kurwa. i
nawet nie wiem, czy to na pewno wyjście z sytuacji. ale wiem, że na
pewno jeśli nie rozwiązanie, to dobra droga. JEDYNA droga. niech to
będzie droga.
jedno mnie przygnębia. pamiętam jedną starą notkę, w której pisałam
„chcę stąd wyjść”. i od tego czasu zmieniło się tylko tyle, że
NATYCHMIAST MUSZĘ STĄD WYJŚĆ!
przecież nie jest tak, że jestem ciągle nieszczęśliwa. bywam bardzo
szczęśliwa. ale kiedy wyobrażam sobie siebie za 5 lat w miejscu, w
którym jestem, to chcę WYĆ. pewnie wszędzie będzie tak samo. ciągle
będę za czymś gonić… za czymś, czego nie ma?
czego ja w ogóle chcę. chcę WIĘCEJ. może gdybym żyła w jakiejś
afrykańskiej wiosce, przestałabym mieć wymagania. co poradzić na to, że
zawsze byłam ‚dziwna’. nie wiem, jak to nazwać, zwłaszcza, że to po
prostu WRAŻENIE.
na marginesie, nienawidzę mówić niczego, co mogłoby wyglądać na
‚kreowanie się’. STRASZNIE mnie to wkurwia u innych, więc tego nie
robię. może po prostu im zazdroszczę? nie wstydzą się mówić rzeczy,
które są powodem, dla którego inni nazywają ich emo, pseudoartystami,
pozerami. a ja panicznie boję się tak mówić. i z tej przyczyny zamiast
etykietki pozera mam etykietkę porządnej dziewczynki będącej niezbyt
artystycznym typem. hahahahahah. zadziwiające jak na opisanie kogoś,
kto żyje wyłącznie dla sztuki. WYŁĄCZNIE.
mam przedziwne wrażenie, że w te wakacje zajdą dziwne rzeczy. chyba za
długo usiłowałam się wtłoczyć w schemat. a po co mam udawać kogoś, kim
nie jestem? szkoda tylko, że nie bardzo wiem kim jestem. co zapewne
sporo ludzi odczuwa. po prostu usiłuję się dowiedzieć, co we mnie
siedzi, i zrywam maskę, pod którą jest następna. a uczuciem, które znam
najlepiej jest COŚ. nazywam to cosiem, bo cosiem jest. coś jest
połączeniem jakiejś pierdolonej pustki, melancholii i weltschmerzu nie
do zniesienia. coś towarzyszy mi od dłuuuuuuuugiego czasu. to jest
rzecz, której nie mogę pokonać.
nie wiem nie wiem nic już nie wiem

dosyć niezbyt. hm. hmm.

Od kiedy zaczęłam prowadzić tego bloga upłynęło już sporo czasu. Przez
te lata stałam się częściowo inną osobą, trudno mi stwierdzić czy to
zmiana na korzyść, czy wręcz odwrotnie. Ciągle nie jest mi łatwo
zaakceptować siebie, a te zmiany nastroju dawno już przestały mnie
bawić. Nie pamiętam od kiedy z godziny na godzinę potrafię przejść od
rozpaczy do euforii. Czytając stare notki doszłam do wniosku, że od
bardzo dawna. Cóż, taką już chyba mam osobowość. Na stare lata robi się
tylko gorzej ;p
Zastanawiam się też, dlaczego bardzo lubię robić sobie źle. Nie jestem
typem osoby, która weźmie żyletkę i się potnie (auuć!), ale która
raczej spróbuje wyrafinowanych psychicznych tortur ;p Masochizm? Kto
wie. Wiem tylko, że nie znoszę, kiedy ktoś inny usiłuje mnie krzywdzić
;p
Ciekawe, czy kiedyś nadejdzie dzień, w którym nie wytrzymam. Wtedy na
pewno nie będzie to świadome działanie, bo stopniowo wyłączam mózg,
kiedy przestaje być fajnie.

Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z planem, nadejdzie Zmiana. Naprawdę
oczekuję od niej ostatecznego rozwiązania sytuacji. Okaże się, czy
ucieczki pomagają, czy nowy start pomaga, czy spełnienie marzeń pomaga,
czy nawet same marzenia były tylko moją ucieczką. Wiem tylko, że bardzo
mi zależy na tej zmianie. Niezależnie od tego, czy będzie potem dobrze
czy źle, na pewno będzie lepiej niż teraz.
Teraz cały czas czuję, że w tym mieście nic już na mnie nie czeka. Nic.
Zostając w nim, pewnie będę czasem szczęśliwa, tak jak teraz czasem
jestem, ale będę też bardzo, bardzo skończona.
Mam nadzieję, że to kwestia miasta. Mam nadzieję, że to nie kwestia
tego, że to naprawdę koniec, niezależnie od miejsca, od nowych szans.

인연

Brak komentarzy

I promise you, when it’s over, on the day we meet again
I will throw everything away and stand by you
To walk the path we’ve been given
       It’s a thing called ‚fate
We can’t deny it
Can such a beautiful day happen again in my life?
You’re a gift on this tiresome path of life
Even if this love can’t be fulfilled
I won’t regret it
Because nothing lasts forever
       It’s a thing called ‚fate
We can’t deny it
On the day we meet again
Don’t let me go
                     The love we couldn’t have in this life
                     The fate we couldn’t have in this life
On the day we meet again
Don’t let me go

인연 by 이선희

Such beautiful things, things that can never be forgotten  [ things that k i l l ]

Chcę obietnicy. Chcę mieć pewność, że tak piękny dzień znowu się pojawi.

Chcę go zobaczyć, stworzyć, poczuć.